poniedziałek, 10 czerwca 2013

Zawód: kura domowa

Należę do osób, które jak się w coś angażują, to na maksa. Nic więc dziwnego, że jak tylko rozpoczęłam karierę zawodową, stałam się pracoholiczką. Kochałam (dalej kocham) swoją pracę i należę do tych szczęśliwców, dla których codzienne obowiązki służbowe są przyjemnością. Identyfikowałam się ze swoją pracą i nie wyobrażałam sobie życia bez niej... Jednak pewnego pochmurnego i wietrznego dnia stało się coś, co wywróciło moje poukładane życie do góry nogami i zmieniło na zawsze moją hierarchię wartości - urodziłam Małego Księcia.

Wraz z jego narodzinami pojawił się dylemat: kiedy wrócić do pracy, czy w ogóle wrócić? 
Mieszkałam wtedy za granicą i zgodnie z miejscowym prawem przysługiwał mi roczny urlop macierzyński. "Cudownie," pomyślałam. Czas dla mojego wymarzonego dziecka i rok wytchnienia po kilku latach na wysokich obrotach. A chwilę potem refleksja: "Ale jak to tak przez rok bez budzika rano, bez malowania się, bez pogaduszek w czasie przerwy na lunch? Bez nowych wyzwań? Bez wyścigu z czasem, aby zdążyć
z kompletowaniem dokumentów? Bez celu? Bez sensu? Zagrzebana w pieluchach i z wiecznie podkrążonymi oczami?" Zdałam sobie sprawę, że tak wrosłam w moją firmę, że bez niej czułam się niekompletna, bezużyteczna, gorsza.


Z drugiej jednak strony Książę rósł zdrowo i z dnia na dzień komunikował się ze mną coraz lepiej. Pierwszy kontakt wzrokowy, pierwszy uśmiech, pierwszy uścisk, pierwsza miłość! Z każdym dniem zakochiwałam się w moim synu coraz bardziej. Mijały miesiące, a ja czułam coraz większe rozdarcie między kobietą spełnioną zawodowo, a kobietą spełnioną jako matka. "Jak ma wyglądać dalej moje życie," myślałam.
Jak już wspomniałam mocno się angażuję we wszystko, co jest dla mnie ważne, więc postanowiłam się zaangażować w macierzyństwo - skoro przez jakiś czas nie mogłam być najlepszym pracownikiem, postanowiłam być najlepszą mamą. I co? I znów poczułam, że mam cel. To co robiłam nabrało sensu. Co dzień byłam szczęśliwsza.

Jednak co jakiś czas nawiedzał mnie demon wyzwolonej kobiety sukcesu, który szydzącym głosem powtarzał: "Po tylu latach studiów i wytrwałego pięcia się po szczeblach kariery, rzucasz wszystko? Po co? Żeby zmieniać pieluch i wycierać obślinioną buzię? Żeby sprzątać niekończący się bałagan? Zawsze gardziłaś kurami domowymi!" 

Te słowa zatruwały mi radość macierzyństwa. Miotałam się między dwiema skrajnościami, aż pewnego dnia doznałam olśnienia: urlop macierzyński to nie tylko czas dla mojego dziecka, to też czas dla mnie!” Eureka. Kilka dni później zapisałam się na kurs tańca brzucha, o którym marzyłam od dłuższego czasu. Co piątek wypacałam żale i frustracje młodej mamy na parkiecie, podczas gdy mój syn wzmacniał więź ze swoim tatą w ramach męskich wieczorów. Od października zaangażowałam moich teściów w opiekę nad Małym
w dwa popołudnia i tak wygospodarowałam czas na studia podyplomowe (ależ wspaniale się czułam rozmawiając z dorosłymi ludźmi o dorosłych sprawach!). Niedługo potem zaczęłam dawać lekcje angielskiego popołudniami, żeby trochę rozruszać szare komórki. Kiedy uznałam, że Mały Książę jest już dość duży, aby zakosztować samodzielności, zapisałam go do klubu dziecięcego, a sama wróciłam do pracy, już innej i tylko na półetatu – z własnego wyboru.
Czas braku aktywności zawodowej okazał się zbawienny. Nabrałam dystansu i podjęłam świadome decyzje. Dziś znów należę do grona szczęściarzy, którzy robią to, co kochają; tylko obiekt moich uczuć jest inny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że pozostawiliście tu coś po sobie :-)

Zapisz się na newsletter